O tych wstretnych kolczatkach.

Kolczatka – awersyjne narzędzie w rękach bezsilnego człowieka. Temat kolczatek jest ciągle maglowany. To narzędzie tortur ma swoich zwolenników i przeciwników. Ja oczywiście zaliczam się do tych drugich, więc naturalną rzeczą jest, że będę krytykować tych pierwszych. Jestem pod wielkim wrażeniem egoizmu i głupoty, jeżeli słyszę jak ktoś do tego przebywający przy zwierzętach, zachwyca się wszelkim awersyjnie działającym badziewiem. A już jak słyszę, że trzeba umieć się tym posługiwać, to po prostu brak mi słów na te prostackie tłumaczenia.

Normalnych właścicieli psów jeszcze jakoś rozumiem, ponieważ ludzie mogą czegoś nie wiedzieć, mają jakieś stare nawyki, nikt nie wskazał im innej drogi. Ale tych, co uważają się za szkoleniowców, do których trafiają ludzie ze swoimi psami, nigdy nie zrozumiem. Znaczy się może źle to ujęłam. W sumie to wiem o co im chodzi i jakie mają zamiary. Często w tym bezlitosnym życiu liczy się zwykły, szybki biznes, a nie przejmowanie się i zagłębianie się w psychikę psa.

Założenie psu kolczatki na szyję nie jest niczym innym, jak pójściem po najmniejszej linii oporu. Po co się pogłówkować, pomyśleć, przygotować adekwatne do problemu przemyślane ćwiczenia, chcieć faktycznie pomóc zwierzęciu, jak można “wrypać” mu na szyję kolczatę i „nauczyć” go szybko unikania jej korekt. A co później kogo obchodzi, że po tym coś się z psem dzieje nie tak. Jest tresura – jest płacenie. Po takim czymś jeden pies jest wycofany, drugi atakuje wszystko, co mu się kojarzy z tym awersyjnym bodźcem, trzeci dalej ciągnie, bo chce uciec od zadawanego mu bólu, a następni mają mnóstwo innych problemów w tym bardzo dużo zdrowotnych o czym mało się mówi, a jest to rzeczą bardzo istotną.

Ostatnio napisała do mnie jedna pani, prosząc o poradę. Mieszka dość daleko ode mnie i nie ma jak fizycznie udać się do mnie na konsultację. Owa pani uczęszcza w swoim mieście na tresurę z psem. Wszystkie niepożądane zachowania są bezlitośnie korygowane kolczatką. Na początku pies jakoś to zniósł, jak to napisała pani. Teraz zrobił się niemożliwy, pada na plecy, ciągle wącha podłoże i wszędzie gdzie popadnie oddaje mocz. Osoba tresująca kazała psa wykastrować. A że jest to pies stosunkowo młody, to pani nie wie, co robić.

Mam swoje zasady i nie udzielam porad na odległość i taką też wiadomość ode mnie dostała pisząca pani, oczywiście z całym wytłumaczeniem, ile może zaszkodzić pomaganie psu na odległość… W duchu jednak pomyślałam sobie, na kogo ten biedny pies i jego właścicielka trafili. Jak można najpierw niszczyć psychikę psu, a potem na objawy jego stresu i wysyłanych sygnałów uspokajających, mówić, że pies jest niedobry i kazać go wykastrować, co w tym wypadku jest kompletnym brakiem jakiejkolwiek wiedzy i tylko pogłębi dotychczasowe problemy.

To tak, analizując opis. Najwięcej bym zobaczyła, będąc tam. W swoim życiu napatrzyłam się już na zniszczone psychicznie i fizycznie psy, które były tresowane z udziałem kolczatki. Wiele ludzi z pewnością nie widzi tych wszystkich przykrych i smutnych zmian. Niestety, jedni kompletnie nie rozumieją psiej „mowy” ciała, inni to widzą, ale udają że nie widzą, a jeszcze inni traktują psa bardzo przedmiotowo, bądź „technicznie”, czyli robocie: siad-waruj-siad-waruj i tak w kółko… Bardzo wielu moich podopiecznych, zanim do mnie trafiło, nosiło kolczatki. Nerwowe, wycofane, atakujące, lękliwe, bojące się swoich właścicieli i nie ufające im… Teraz po naszej ciężkiej pracy, to radosne, pewne siebie, wpatrzone z czułością w swoich właścicieli psiaki spacerujące dumnie w wygodnych obróżkach, bądź szeleczkach. Powtórzę raz jeszcze. Wpatrzone z czułością, nie wpatrujące się ze strachem.

Mało osób zdaję sobie sprawę, jak wiele szkód fizycznych wyrządza kolczatka i wszelkie zaciski. Pomijając na chwilę to, że sprawia to psu ogromny ból i dyskomfort, że pies się w tym dusi, to często te wszystkie okrutnie działające dziadostwa powodują, że pies nie otrzymuje odpowiedniej ilości tlenu, często utrudniony jest dopływ krwi do głowy, szyja i tchawica zostają uszkodzone. Moja adoptowana Ridzia musiał być kiedyś przez kogoś targana na kolczacie, albo jakimś zacisku. W pewnych momentach potrafi zacząć bardzo się krztusić i charczeć. Jest to bardzo przeraźliwy widok. Ridziunia miała wykonane wszystkie badania, które nie wykazały żadnych zmian chorobowych. Za to tchawica jest brzydko odciśnięta. Chciałabym spotkać tego, kto ją kiedyś tak podduszał i założyć mu na szyję jedno z tych badziewi i zaproponować spacer. Wystarczy chwilowy.

Trochę popisałam, zresztą nie pierwszy raz. Moim ogromnym marzeniem jest, aby te wszystkie awersyjnie działające badziewia zniknęły z życia psów raz na zawsze… Niestety, wiem że to raczej się nie ziści… Te biedne zwierzęta, nie maja jak powiedzieć, że tego nie chcą, a dla innych to niezły biznes. Ja moim ukochanym domowym psim przyjaciołom nigdy bym tego nie założyła. Szanuję moje psy. Nigdy bym żadnego z nich nie naraziła na taki ból. A jeżeli kiedykolwiek miałabym kazać któremuś z moich podopiecznych założyć kolczatkę, to musiałabym upaść bardzo nisko. Na szczęście nigdy mi to nie grozi 🙂