Mija

Mijeczka cztery lata po adopcji…

 

Moja psia dziewczynka najmniejsza gabarytowo pośród całej psiej ekipy. Kiedy została przeze mnie zaadoptowana, był to wrak psychiczny i fizyczny psa. Potrzebowała bardzo przemyślanej i mądrej resocjalizacji, spokoju i jeszcze raz spokoju. Teraz po dawnej Miji nie ma śladu. A wśród mojej domowej ekipy wiedzie prym 🙂

 

 

Mija rok jak nasza ukochana Mija jest z nami 🙂

 

Rok temu, jak wracałam z Warszawy z seminarium z Alexą Caprą, zostałam poproszona o odebranie suczki od pani, która wypatrzyła ją w jakieś przechowalni i przewiezieniu jej do osoby, która miała zaadoptować Mijeczkę. Pisałam już o tym kiedyś, więc nie będę się powtarzać. Nie chcę pamiętać widoku tak strasznie przerażonego psa, który kładł się na ziemię i zamierał. Podczas drogi, dowiedziałam się, że osoba która miała zabrać malutką do siebie, już jej nie chce. Wtedy przez chwilę przeżyłam szok. Ale nic lepszego dla naszej Mijeczki nie mogło się wydarzyć. Dziewczynka była wrakiem psa i wymagała troskliwej opieki, oraz bardzo mądrego podejścia. I to wszystko dostała u nas i od nas. Bardzo długo dochodziła do siebie. A teraz jest radosnym i szczęśliwym psiakiem, który kocha nas całym swoim psim serduszkiem. Alexa opowiadała na seminarium o suczce Miji. Mi to imię tak utkwiło w głowie. Szybko z niego skorzystałam.

 

10014571_539015126217244_1830005315_n 10154034_539015909550499_1550068011_n

 

Mija, moja biedna kruszynka…

 

Historia przykra, pewnie podobna do wielu innych. Wracając z wykładów z Warszawy, poproszono mnie, abym przewiozła suczkę z W-wy do Bydgoszczy . Jakaś pani upatrzyła gdzieś sobie suczkę w internecie i zapragnęła ją mieć. Podjechałam w W-wie w umówione miejsce, aby suczkę przejąć. To co zobaczyłam. Tragedia… Kupa nieszczęścia, strachu, totalne wycofanie. Owinęłam delikatnie malutką w kocyk, aby miała chociaż trochę imitację norki i żeby poczuła się bezpiecznie.

 

Jechaliśmy z malutką, trzymałam ją w tej jej norce na kolanach i płakałam z bezsilności. Jak można psiaka doprowadzić do takiego stanu. Bo to nie był stres, który jest normalny przy wszelkich zmianach w życiu pieska. To psia tragedia i strzępek nerwów. W drodze dostaję sms-a z numerem tel. od pani, która ją wyadoptowała, że mam zadzwonić do przyszłego domu i powiedzieć o której będę?????? Trochę dziwne, że ktoś nie może do mnie zadzwonić, ale ok. jak zawsze ja dzwonię. I co słyszę… To po prostu rozwala na łopatki.

 

Pani się pyta, jak ten pies i jak się zachowuje.
Więc tłumaczę, że biedulka jest zestresowana, że taka biedniutka.
Co????? – Na to pani dalej: “Ja takiego psa nie chciałam, one nic mi nie powiedziały, on nie ma prawa się stresować…
Ja: Słucham???
Pani: “Co to za pies, który ma stresa” i inne kretynizmy wypowiadane przez panią.

 

Więc ja znów ładnie od początku, że sunia nie wiadomo, co przeszła, że miała trochę przeżyć, że będzie potrzebowała spokoju i powolutku zacznie się otwierać.
Pani na to: “A jak mi naleje?”
A ja się jej pytam, czy coś się stanie, jak suńka nasiusia. Przecież ma do tego prawo. I ile to posprzątać. I się zaczęło. Usłyszałam, że nigdy nie ma prawa tego zrobić, że w domu jest niepełnosprawne dziecko i że ma alergię i ona już tej suczki nie chce. Wcześniej się dowiedziałam, że na wizycie przedadopcyjnej, była osoba, która się na tym dobrze zna. Moje pytanie. Na czym się zna i gdzie profesjonalizm?? Chybaże w grę wchodzi tylko upchnięcie gdzieś psiaka. Czyli z deszczu pod rynnę. Jechałam przez chwilę w milczeniu, obmyślałam, co dalej i wiedziałam, że ona nie może trafić do żadnego schroniska, ani do takich dziwnych ludzi pokroju tej pani. Dobrze, ze przez telefon pokazała swoje prawdziwe oblicze, bo suczka nie miałaby u niej życia. Myślę, że szybko skończyłaby na ulicy. I tak o to przyjęliśmy do grona naszej rodziny suczkę. Dużo pracy czeka mnie nad dziewczynką, ponieważ jest totalnie wycofana. Na razie w spokoju dochodzi do siebie. Mija… Moja mała księżniczka.

 

1146523_422821541169937_1145806559_n