Na zakończenie.

Na pożegnanie. Jak zaczęła się i skończyła dla mnie pomoc w Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Szczecinku.

Moja historia ze szczecineckim schroniskiem, rozpoczęła się od psa Megica, którego podczas spaceru z moimi suczkami, znalazłam porzuconego na polach. Próbowałam zabrać go do siebie, jednak na tamten czas nie było to możliwe, ze względu na traumatyczne przejścia z poprzednim psem, któremu chciałam pomóc i zabrałam go do siebie. Skończyło się to dla mnie bardzo źle, ponieważ osoba, która tak chciała, aby ten pies miał u mnie dom, zataiła przede mną wiele faktów. Pies mix rottweiler z owczarkiem niemieckim był tresowany w sposób awersyjny, między innymi biciem psa po głowie. Ja niestety parę lat temu, nie miałam takiej wiedzy, jak teraz. Chciałam temu psu, wynagrodzić całe zło tego świata. Oprócz opieki i leczenia (pies bardzo długo przebywał u poprzedniej właścicielki w małym kojcu pod prądem) przytulałam, pocieszałam. Pies był u mnie trzy tygodnie. W trzecim tygodniu podczas przyjazdu z lecznicy wykonał na mnie atak, po którym ledwo uszłam z życiem. Uratowała mnie zimna krew (mimo wszystko) i strzał wody z węża podwórkowego. Miałam rozszarpaną prawą rękę i całe prawe udo, nie wspominając siniaków na twarzy i ciele, po tym, jak pies rzucał mną o samochód i koniecznie chciał przewrócić. Bardzo długą drogę przeszłam, aby moja ręka odzyskała sprawność. Masę zabiegów, wizyt u specjalistów i długa rehabilitacja. Pozostały mi po tym wszystkim na szczęście tylko blizny. Ręka w miarę sprawna z czego się bardzo cieszę. Po takim rozszarpaniu nerwów, to i tak cud, że nią ruszam. Są dni, że jest bardzo ciężko i jest blokada, ale nie poddaję się.

Wracając do Megica, poprosiłam panią kierownik o przyjęcie go, oczywiście opłacając to. Bardzo się cieszyłam, że psiak nie musi już marznąć i przebywać samotnie na polach. I tak zaczęłam przyjeżdżać do schroniska. Wcześniej moja pomoc opierała się na kupowaniu karmy i potrzebnych akcesoriów schroniskowym zwierzakom. Bardzo szybko te wszystkie psiaki zawładnęły moim sercem. Uwielbiałam do nich przyjeżdżać, przywozić im smakołyki, zabierać je na spacerki, bo to uwielbiały najbardziej. Starałam się być prawie codziennie, przyjeżdżałam nawet, jak byłam chora, bo wiedziałam że te psiaki czekają. Moje pierwsze pojawienie w schronisku, było trzy lata temu, czyli rok po tym, jak to schronisko powstało. Włodarze naszego miasta bardzo się postarali. Wszystko nowe, zrobione. Robiło wrażenie na ludziach. Dla mnie najważniejsze były te wszystkie zwierzęta, co czują, jak im pomóc, aby miały szanse na adopcję i żeby z niej nie wracały.

Przychodziłam do schroniska, zajmowałam się psiakami, zabierałam na spacery, woziłam do specjalistów, opłacałam wiele rzeczy, kupowałam karmy, smyczki, obróżki, przybory do czesania, leki i wiele innych rzeczy. Czas leciał. Wydawało się wszystko w miarę, na zewnątrz też. Mnie interesowały tylko zwierzęta w tym schronisku, ale niestety ja interesowałam wiele osób. Po pewnych pierwszych niesmakach z niektórymi osobami, zaczęłam przyglądać się wielu rzeczom. Jak przyjeżdżałam do psiaków po dłuższym czasie, byłam jedyną osoba, która te psy zabierała na regularne spacery. Były też sporadyczne osoby, ale odeszły. Było mi przykro, że grupka osób, które czasami przychodziły, woli siedzieć w środku, zamiast przejść się z jakimś psem na spacer. Na początku nic nie mówiłam, do czasu, jak grupka wolontariuszek wraz z jednym pracownikiem z którym była i jest w bardzo dobrej komitywie (powtarzam grupka wolontariuszek, bo nie wszystkie były przeciwko mojej osobie i jeden pracownik, reszta pracowników była dla mnie w porządku i miałam z nimi dobre relacje), robiła wszystko, aby się mnie pozbyć. Temu panu przeszkadzałam zapewne od samego początku, nie zgadzaliśmy się w swoich poglądach, w których ja wyznawałam pracę z psem, opartą tylko i wyłącznie poprzez dobre zrozumienie potrzeb i traktowanie psa z szacunkiem, pan wyznawał „łamanie psów”. Doszło nawet między nami do niemiłej wymiany zdań, ponieważ miałam straszny żal o niektóre psy, a między innymi Siemensa, który skorzystał z tych „metod”.

Ja w tym czasie pracowałam z Buszmenem, który wśród wielu, nie rokował na adopcję. Wszystko, co robiłam z Buszem, oparte było na wielkim szacunku. Żadnego szarpania, rzucania psem i przyciskania go do ziemi. Takie zachowanie względem psa, jest dla mnie karygodne i głośno to zaczęłam manifestować. Busz szczęśliwie poszedł do adopcji. Cieszyłam się bardzo, że już nie musi być w schronisku. Pracując z Buszem i obserwując inne psiaki (którym tez bardzo pomogłam, ale już nie chce się rozpisywać), zaczęłam się zastanawiać, jak pomóc tym psiakom, które już tak długo siedzą w schronisku. Marzyło mi się, aby psiaki miały swoich opiekunów, którzy przygotowywaliby je do adopcji. Przy takiej liczbie psów, było to jak najbardziej możliwe. Starałam się wytłumaczyć grzecznie niektórym osobom, że nie jest to zbyt fajne dla psa siedzącego cały dzień w boksie, aby przyjść, uderzać ręką o kraty, lub wchodzić do środka rozbudzając psa i wyjść, jak gdyby nic. Te psy na pewno tego nie chciały, a po takim zachowaniu, były jeszcze pobudzone.

Nie wytrzymałam któregoś razu, jak wolontariuszka, chodząc po boksach „witała” się pstrykając psom w nos. Moja troska o te psy i inne aspekty, np. prośba siedzącą wolontariuszkę „na papierosku”, czy może nalać wody psu, który stał i wpatrywał się błagalnie w pustą miskę, a ja akurat wychodziłam z innym psem na spacer, owocowały nienawiścią do mojej osoby. Bo znalazł się ktoś, kto martwi się psami. Ktoś, kto nie siedzi, tylko faktycznie robi coś, aby te psy były chociaż trochę szczęśliwe. Było mi też bardzo szkoda psów, które były kiedyś obiektem zainteresowania niektórych osób, a później siedziały samotne, sfrustrowane. Nie wiem, co było, jak jeszcze nie przyjeżdżałam do schroniska, więc nie oceniam. Wiem, tylko, co się działo, jak ja przyjeżdżałam do schroniska i to, że z tymi psami nikt nie wychodził.

Jak pojawiła się Kasia w schronisku i zobaczyłam, jak codziennie przyjeżdża na rowerze i wyprowadza te psiaki, strasznie się ucieszyłam. Takich ludzi tam brakowało… Po czasie, podczas przykrego incydentu z adoptowanym psem, poznałyśmy się z Kasią bliżej i razem zaczęłyśmy myśleć, jak jeszcze ulepszyć życie tym psiakom. Kasia już po jakimś czasie przychodzenia do schroniska, zorganizowała grupkę młodzieży, aby przychodziła i wyprowadzała psiaki na spacery. Krótko, to niestety wszystko trwało, dzięki „uprzejmości niektórych osób”. Kasia stworzyła stronkę, aby pokazywać te psiaki, ale też niestety przeszkadzała. Wszystko się szybko skończyło. Niektórzy odeszli, niektórzy zostali i zaczęli być przeciągani na stronę tych, którym przeszkadzałyśmy. Oczywiście młodzież ta, dzięki „sumiennej pracy w postaci obgadywania i opowiadania o nas oszczerstw” przeszła na tamtą stronę. Stronę, która nie powinna w ogóle istnieć. W takim miejscu powinni się ludzie spotykać i jednoczyć, a ich priorytetem powinny być zwierzęta i pomoc im.

W tym wszystkim nie w porządku, zachowała się pani kierownik, przy której byłam przez te lata i dla której byłam na każde skinienie. Bardzo w nią wierzyłam i jak w pewnym momencie, zaczęło się wiele rzeczy sypać, robiłam wszystko, aby było dobrze. Dużo prosiłam, pomagałam. Niestety. Byłam chyba potrzebna w jednym celu. Za „dobrych czasów” pani kierownik sama przyznała, że nie ma takiej drugiej osoby, jak ja, która tyle zrobi dla zwierząt. Wystarczył telefon od pani kierownik, a ja potrafiłam wybiec z domu na chwilę, po czym pędzić do Warszawy, żeby odwieźć psa z jego nową właścicielką, bo kierowcy, który z nią przyjechał zepsuł się samochód… Ale co się nie robiło, aby psiak miał tylko swój dom… To był tylko mały szczegół w stosunku do tego, co robiłam dla tych psów. Najbardziej, co pragnęłam, o czym marzyłam, to pomóc tym wszystkim psom. Pomóc mądrze… Każdy pies w schronisku jest inny, każdy trafia z innych powodów, każdy potrzebuje innej pomocy.

Tak było z Miłcią – amstaffką, która przyjechała do nas z innego schroniska. Przez trochę była w środku, później trafiła do boksu z łatką psa agresywnego. Miłeczka faktycznie rzucała się na każdego, kto podchodził do krat. Tolerowała dwóch pracowników. Postanowiłam zaprzyjaźnić się z dziewczynką. Trochę to trwało. Po miesięcznym siedzeniu przy boksie, postanowiłam do niej wejść i spróbować zabrać ją na spacer. Nie mogłam się pogodzić z tym, że Miłcia ma tak spędzić swoje życie… No i udało się. Zaczęłyśmy razem wychodzić. Trwało to trochę, ale Miłeczka otwierała się coraz bardziej. Prosiłam też inne osoby, aby przy niej posiedziały, żeby Miłka zaczęła akceptować je i się z nimi oswajać. Nikogo to wtedy nie obchodziło. Co niektóre osoby, widząc, jak zależy mi, aby wyciszyć Miłkę, podchodziły i specjalnie ją rozdrażniały. Jedynie Kasia codziennie przesiadywała i w końcu mogłyśmy razem z Miłcią chodzić na spacery. Małymi kroczkami szłyśmy z Miłcią do przodu. Zaczęłam zabierać ją w przeróżne miejsca. Dziewczynka uwielbiała jeździć samochodem i to na siedzeniu pasażera… Niestety, wszystko się skończyło, Miłcia nie ma żadnej pracy, a potrzebuje wiele… Ja za to słyszę bzdury rozsyłane i rozpowiadane, że zabraniałam dostępu do Miłci. Ja nic nie zabraniałam, ja się bałam, żeby komuś przez bezmyślne zachowanie nie stała się tragedia. Ktoś, kto opowiada takie bzdury, niech może najpierw wykona do mnie telefon i zapyta się, jak to wszystko wyglądało naprawdę i co to znaczy praca z psem po przejściach… To nie są harce i zabawy… Taki psiak, aby mieć szansę na adopcję, powinien mieć zapewnioną pracę z odpowiedzialnym człowiekiem… Na początku, trzeba wszystko robić, aby mądrze go resocjalizować. Dlatego tak szkoda było mi Siemensa, który już tyle lat siedzi w schronisku i który wrócił z adopcji nie dlatego, jak było przedstawione, że właściciele wyjechali, tylko Siemens rzucił się na któregoś z właścicieli. Bardzo chciałam pomóc temu psu, bo nie wiem, co w tym dla niego jest fajne, że siedzi w pokoiku za szybą. Temu psu powinno się pomóc, pracować z nim, aby miał szansę na adopcję.

Siemek przeszedł wszystko kiedyś, był uratowany, odżył, przeszedł tresurę w sposób awersyjny (nie szkolenie pozytywnymi metodami), miał zabawy, wygłupy. Tylko, czy pies mający pewne problemy, powinien to wszystko mieć? Czy powinien być, tam gdzie jest? Nie wiem, jak teraz, ale ostatnio psiak był ogłaszany, że uwielbia wodę. Tylko czemu nikt nie dokończy, że jak sobie coś wyciągnie z tej wody, to się nakręci. Wiem od zaufanej osoby ze schroniska, że jakiś czas temu rzucił się na jedną z wolontariuszek. Ten pies potrzebuje całkiem innego życia.

Bardzo dużo mogłam pomóc i podpowiedzieć, ale nie chciano tego słuchać. Najpierw zarzucano mi, że dlaczego o coś proszę, aby inaczej postępować z psami, jak nie mam żadnego papierka, mimo że miałam już taką praktykę z tymi psiakami. Zaczęłam więc się uczyć, aby posiąść jeszcze większą wiedzę i pokazać innym tak „ważny” dla nich papierek. Ale… Jak się dowiedziano, że się uczę, to z zazdrości i nienawiści (inaczej nie potrafię wytłumaczyć takiego zachowania), zaczęto mi dokuczać, podważać i ubliżać i robić wszystko, aby się mnie pozbyć. ”Pozdrawiam” te wszystkie osoby, które taką nagonkę robią na mnie i tak podżegają innych do pisania na mnie głupot. Przykre, że nie umieją się pogodzić z tym, że ktoś jest inny, niż oni. Że za wszelką cenę chcą żyć czyimś życiem.

Tak na zakończenie, tym wszystkim krzykaczom, którzy mnie nie znają i nigdy nie chcieli poznać, porozmawiać, pragnę podsunąć pewną myśl. Zanim będziecie oceniać człowieka, szkalować, kłamać, rozruszajcie szare komórki i zastanówcie się, o co w tym wszystkim chodziło. Ja odeszłam ze schroniska w maju, po długiej walce, aby tym psiakom było lepiej, żeby były zauważone, żeby dobrze się z nimi obchodzono. Na wiele rzeczy już nie mogłam patrzeć. Was przy tym nie było. Po tym czasie wprowadzono jakieś szkolenia (mam nadzieje, że przysłużą się psiakom, tylko proszę pamiętać, że każdy pies w schronisku jest inny i nie szkoli się ich wszystkich tak samo i nie wiem, czy faktycznie Simka wyciszą te zawieszone obrazy).

Pieski zaczęły być z powrotem zauważone, może przez chwilę, ale wyszły na spacerki. Marzy mi się, aby jeszcze znalazł się tak kiedyś ktoś, kto będzie umiał pracować i pomóc psiakom z problemami. Większości psom można pomóc, trzeba tylko umieć. Ja to robiłam i to z bardzo dużymi efektami. Niestety… Tam się najpierw z takiego człowieka „wyciska wszystkie soki”, a potem, jak widzi on to, czego nie powinien, pozbywa się go, a na końcu szkaluje i oczernia, opowiadając przekłamane historie.

Mam taką wielką prośbę, aby może bardziej przyjrzeć się pewnym rzeczom. Wielu na pokaz potrafi pięknie się uśmiechać i udawać cudownych. Takie osoby zrobią wszystko, aby zniszczyć drugiego człowieka. Udają tych, kim nie są, ale żeby to zauważyć, należy się nad pewnymi rzeczami zastanowić, przyglądnąć. Kiedyś chyba był nawet taki film. O osobie, która nie do końca była zrównoważona emocjonalnie, do tego bardzo zazdrosna o życie innej, ale potrafiła tak wszystkimi manipulować, tak przekłamywać sytuacje. Wierzyli ci, co nie myśleli… Inteligentne osoby potrafiły dostrzec to zakłamanie. Jeżeli ktoś będzie chciał gdzieś pomóc, szczerze od siebie, od serca, niech to robi, bo te biedne psy potrzebują takich ludzi, tylko niech zawsze przypomni sobie moją historię… Ja nic więcej nie chciałam, jak tylko pomagać tym psom. Pomagać mądrze.